Codzienne podróże autobusowe do i ze szkoły, upływają nam miło, sympatycznie i niezwykle gadatliwie. To ostatnie zdominowane jest przez Pannę Hannę, przynajmniej w wersji porannej - jakoś nie bywam w wielce rozmownym nastroju o 8 rano w szarym, deszczowo-śniegowo-wietrznym mieście 
Przyznaję, że 90% tego co Panna Hanna ględzi, wpuszczam jednym, a wypuszczam drugim uchem, bez zbędnych przystanków w mojej głowie (cenna umiejętność podpatrzona u Ślubnego
). Czasem jednak bywa tak:
- Córcia, pani fryzjerka chyba mnie za bardzo obcięła... Jakaś taka łysa się czuję...Co myślisz?
- Mamo, nie chcę Cię obrazić, ale Ty W OGÓLE nie wyglądasz jakbyś była u fryzjera! Zupełnie bez zmiany!
***
- Mamo, czy Ty się dzisiaj malowałaś?!
- Tak, jak zawsze- o, zobacz jaki mam cień na powiekach!
- Rany, wyglądasz jakbyś miała uczulenie i spuchła na oczach!
***
- Córeczko co się stało?! Dlaczego jesteś taka smutna???
- Nic...
- No jak nic! Przecież widzę - płaczesz?! Co jest?
- Bo...pamiętasz jak mnie ugryzła pszczoła? w lecie? u babci? pamiętasz?!
- Pamiętam, ale to było dwa lata temu!!! Teraz sobie przypomniałaś? Patrząc na ten śnieg?!
- Nie na śnieg, tylko tam w oknie stał kwiatek...
***
- Córcia, to do ilu się teraz uczycie liczyć, bo może poćwiczymy po powrocie do domu?
- Nie wiem...
- Jak to nie wiesz? do 20? Do 30? A co wczoraj robiliście w szkole?
- Nie pamiętam...
- Ale coś fajnego?
- Nie chcę o tym mówić...
- Nie chcesz mówić bo było głupie? bo było trudne? bo sobie nie poradziłaś?
- Nie...
- Było fajne?
- Tak...
- Było fajne i dlatego nie chcesz mi opowiedzieć?!
- Tak...
***
- Mamo, jak się nazywa ten samolot ze znaczkiem noża i widelca?
- Lufthansa...
- Hi, hi- ale śmieszne imię!
***
- Mamo, pamiętasz takiego chłopca?
- ???
- No,takiego chłopca u babci Jasi!
- ???
- Na placu zabaw!!!
- Aaa, na placu zabaw! Eee, nie bardzo... A co?
- No, bawiłam się z nim...
***
- Mamo, mogę Cię pociągnąć za ucho? Tak delikatnie!
- Hmm..no, ok...
- No, i teraz wyglądasz prawie jak elf!Jestem w połowie 4 serii „Przyjaciół" i zaczynam odczuwać pewien przesyt...
W czasie pobytu w Polsce nabyliśmy to i owo, z przewagą owego. Między innymi patelnię do smażenia jajek sadzonych, przedmiot kompletnie nieznany w Szkocji (albo przyjnajmniej niewidziany przeze mnie).
Panna Hanna dość długo odmawiała spożywania jajek w jakiejkolwiek postaci. Dopiero niedawno przekonała się, że sadzone jajca można skonsumować pod warunkiem, że będą posypane suszonymi pomidorkami z Kamisa. Niech i tak będzie.
Patelnie oglądałam dwie. Jedną baaardzo drogą, drugą drogą umiarkowanie. Kupiłam tą umiarkowaną i zadowolona wróciłam do domu. Gdzie czekała na mnie moja stara patelnia, odnaleziona przez Najlepszą z Teściowych. Nic tam, stwierdziłam. Nowa patelka wciąż jeszcze w oryginalnym opakowaniu, mam rachunek, pójdę i oddam.
Aha, może i tak, ale nie w Polsce.
W Polsce można oddać przedmiot do reklamacji, ale nie można odzyskać kasy za zwrot. Bo zwrotów się nie uznaje. Mogę ewentualnie za równoważną kwotę wybrać coś innego w sklepie. Na przykład mega garnek do bigosu, albo kurna spieniacz do mleka, tudzież drewnianą łopatkę do merdania po teflonie na tej cholernej patelni, której nie chcę ![]:-> ]:->](http://i.wp.pl/a/i/blog/emot/smile38.gif)
Ale że jak?! Na podstawie jakiego paragrafu, rozporządzenia czy czego tam - zwrotów nie uwzględnia się ??? Chyba jedynie widzimisia sprzedawcy/właściciela sklepu
bo na moją prośbę o wskazanie odpowiedniego przepisu prawnego, pani z uporem maniaka odpowiadała, że pieniędzy nie odda i koniec! Prawie położyła się na kasie, żebym jej tych pieniędzy nie wydarła...
Biszop na takie dictum zabrał się i patelnię ze sklepu, trzasnął drzwiami aż zadrżały wszystkie kieliszki i szklanki na półkach, dobitnie dając do zrozumienia co sądzi o polskim prawie konsumenckim. A ja truchcikem wybiegłam za nim, w obawie że jednak jakaś porcelana spadnie, a ja nie dość że nie odzyskam kasy, to jeszcze będę musiała płacić za skorupy...
Na Wyspach oddać można wszystko i wszędzie, zwłaszcza kiedy ma się na to rachunek. Czasem nawet bez rachunku. Opakowane oryginalnie lub wręcz przeciwnie. Zasadą nadrzędną jest zadowolony nabywca czyli „nasz klient, nasz per pan". Bo taki klient znowu przyjdzie i znowu zrobi zakupy. A ja sto razy się zastanowię zanim kupię coś znowu w Polsce...
Z winy Ślubnego, rzecz jasna.
W prezencie Gwiazdkowym dostałam od niego cały zestaw płyt dvd z moim ulubionym serialem "Przyjaciele" - chyba już miał dość mojego miauczenia, że ja tak lubię, że zobacz! promocja, że w Polsce to kosztuje grubą kasę itd, itd.
Wydanie jubileuszowe czyli 10 serii + dodatki z okazji 15lecia, w sumie 40 dvd - oł jes!
Jestem w połowie 3 serii, więc sami rozumiecie - nieprędko tu wrócę...
Ale jak już wrócę, opowiem o przygodach z patelnią, podcinaniu Pannie Hannie tego i owego w dziobie, serniczkach, pierniczkach i kinderbalu oraz różnościach zadziwiających mnie w Polsce, a któreż to różności skutecznie odstraszają mnie od ewentualnego powrotu na ojczyzny łono.
Mikołajowa wpadka na całego!
Ślubny pisał ostatnio o uroczystości w The Sunny School, naszej polskiej szkole sobotniej, gdzie oprócz ślubowania pierwszaków, przytaszczył się był Mikołaj z prezentami.
Moje rezolutne dziecko dzisiaj stwierdziło:
- Mama, a ten Mikołaj to nie był prawdziwy! Panna Hanna pokręciła głową z dezaprobatą
- Jak to? zdziwiłam się obłudnie
- On miał szulejsy!
- ???
- No, szulejsy, wiesz!!!
Ki czort?! Zabrzmiało jak "sztuczne oko", "bokobrody" czy inne przypadłości, których normalny Mikołaj nie miewa. A może to jakiś tajny znak albo coś, czego dorośli już nie widzą - wiecie, jak wróżki, elfy i nowa fryzura małżonki.
- Mama! Szulejsy w butach takie, no...
Sznurówki miał...(shoelace), a przecież wiadomo, że Mikołaj nosi walonki
Hmm... pomyślmy...
) polsko-szkockie Andrzejki; no bo tak: patronem Szkocji jest Św. Andrzej, w Polsce natomiast obchodzimy Andrzejki (dzień wcześniej co prawda, ale nie bądźmy drobiazgowi) - wymiksowaliśmy więc jedno z drugim i wyszło, co wyszło (świadkowie twierdzą, że miks się udał). Było polskie jedzenie (zestaw standardowy: pierogi, bigos i sałatki; własnoręcznie skleiłam 107 pierogów ruskich!!!), było szkockie jedzenie (stovies czyli rozdziabane ziemniaki z cebulą i mięsem); była polska muzyka (pozostawię bez komentarza...), była szkocka muzyka (Torry Academy Ceilidh Band - zespół składający się w 90% z nauczycieli mojej szkoły oraz jednego ucznia, przygrywał do tańca; ale żadne tam tańce-przytulańce! Tradycyjny ceilidh dance to taniec grupowy w baaardzo wyśrubowanym tempie, ale dałam się skusić i razem z Panną Hanną odskakałyśmy jeden kawałek)![:-] :-]](http://i.wp.pl/a/i/blog/emot/smile23.gif)
. Zwłaszcza, że list do Mikołaja/Gwiazdki nie był w tym roku wielce pomocny - moje dziecko zażyczyło sobie na ten przykład butów Lelli Kelly na obcasach... Wykorzystując jedną z sobót, kiedy Panna Hanna była w polskiej szkole, a ja nie dyżurowałam przy Konsulce, nie spotykałam się w sprawach PAA, nie jeździłam z instruktorką, nie sprzątałam chaty, nie wizytowałam kosmetyczki/fryzjera - zrobiłam szybką przebieżkę po aberdońskich sklepach. Z opracowanym planem i krótką, acz treściwą listą zakupów, poszło zgrabnie - nawet udało mi się załapać na ostatni stoliczek w kafejce, zanim dziki tłum mnie nieomal stratował (a kafejkę Piękna Góra polecam szczerze! Zwłaszcza osobom zakręconym na punkcie fair trade i organic food). Po kawusi byłam nawet w stanie wysłuchać po raz osiemnasty nowego singla Sheryl Cole „Fight for this Love", który serwowano w KAŻDYM sklepie...
A w ogóle to żartowałam!
Biskupinka, kiedy nie pisze bloga, leży i pachnie ulubionymi perfumami
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 41015
Matka Polka-Szkotka; emigrantka z wyboru; realistka z nutką optymizmu.
Życie codzienne w Szkocji. Dom, rodzinka i praca. Niezobowiązujące notki do podczytywania przy kawie.
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: